Piątek wieczór, bez pośpiechu, bez budzika tyku tyk, tylko trąbka Milesa, dywan i rum. Myślę o podróżach ale tak cholernie ciężko się wydostać z tej wyspy więc podróżuję jutjubowo po Alasce. Oglądam co sobie inni jedzą na śniadanie i jakie mają wspaniałe drewniane stoły, zdolne kobiety podziwiam i żałuję, że nie mam chińskich kredek pachnących woskiem.
Miesiąc luty dryfuje powoli ku wakacjom w Polsce: feriom zimowym, śniegowym, nosom zmarzniętym, uszom zimnym, kiełbasie pachnącej czosnkiem i korkach na Gdyńskiej.
A na Wyspie coraz to wiosenniej… Pachnie, śpiewa, buczy mgielnie, na ostatnich sztormach się buja, trochę niespokojnie ale cieplej i cieplej wiatr dmucha.
Uwielbiam nasz bałaganik, to miejsce, w którym jesteśmy, to jak przez sen mówi czule: “Juluś”.
Tort – Prosiak na trzydzieste urodziny. To już? Nowy zapach, nowy krem, gotowa. Nic się nie zmieniło, dalej jestem rozczulającą brzydulą.
Baloniki pijane:
Koniec i bomba, kto czytał ten trąba!
P.S. Dla wytrwałych: Magda ze świńską raciczką na czole, oczywiście.